Pokalane poczęcie III RP
Okrągły stół przyjąłem z nadzieją. 4 czerwca 1989 w wieku 26 lat poszedłem po raz pierwszy na wybory i oddałem głos na zupełnie mi nieznanego Włodzimierza Mokrego którego jedyną dla mnie rekomendacją było wspólne zdjęcie z pewnym wąsatym elektrykiem. Kiedy ogłoszono wstępne wyniki miałem łzy w oczach. Premierostwo Mazowieckiego uznałem za krok w dobrym kierunku. Uważałem że nie jest ujmą paktować z wrogiem. Z przyjaciółmi się nie paktuję, z przyjaciółmi się rozmawia. Widziałem bankructwo systemu i jego totalną gospodarczą niewydolność. Wiedziałem równie dobrze że zdychający koń potrafi najmocniej wierzgać.
Dlatego uznawałem za godziwe tamtejsze pertraktacje, ich formę a także nieuniknioną czasową powtarzam jeszcze dobitniej czasową legitymizację ludzi pokroju Jaruzelskiego i Kiszczaka. Zdawałem sobie dobrze sprawę że strona zwana w tych pertraktacjach opozycyjną jest tylko emanacją tylko części środowisk przeciwnych reżimowi. Brakowało mi wielu postaci i środowisk choćby Solidarności Walczącej. Irytowało rozdawanie zaproszeń i laurek konstruktywnej opozycji przez ówczesnego rzecznika rządu. Traktowałem i obrady okrągłego stołu jako pewną grę. Władzy uważałem zależało na pokazaniu swojemu aparatowi i służbom znanej im smutnej prawdy, że system się całkowicie rozregulował i socjalistyczna gospodarka jest w totalnej rozsypce i nie pomogą jej kolejne etapy reformy.
Najważniejszym komunikatem jednak było powiedzenie smutnej dla aparatu prawdy że doktryna Breżniewa i wynikające z niej gwarancje dla komunistycznych rządów ze wschodu się zdezaktualizowały. Bo tam sytuacja wymknęła się pod kontroli i niekoniecznie rozwija się według rozpiski opracowanej przez KGB. A towarzysze radzieccy mają swoje kłopoty i to na niespotykaną wcześniej skalę. Chcą mieć porządek w Warszawie a nie kolejną ruchawkę która pogrążyła by totalnie dołującą ekipę Gorbaczowa.
Od Wałęsy z wianuszkiem nobliwych ekspertów oczekiwałem zrobienia tylko i aż wyłomu w komunistycznej tamie. W ówczesnej sytuacji gospodarczej i politycznej zdobycie jakichkolwiek przyczółków politycznych czy medialnych oznaczało nieunikniony początek efektu śnieżnej kuli owocującej lawiną demokratyzacji i jak to przy odwilży zawsze bywało wolnościową powodzią. Trzeba było wyjść z konspiracyjnej smugi cienia. Trzeba było się przypomnieć tym którzy ulegli urbanowej propagandzie i powiedzieć że król jest nagi a partyjna dyktatura wsparta generalskim desantem nie rozwiązała żadnego problemu.
Powiedzieć że doszliśmy do dna i działania ratunkowe nie będą już polegać na konserwacji systemu czy tym bardziej na ochronie ludzi reżimu. Nie trzeba być prawnikiem by porozumienie narzucone przez stronę mającą w swoich rekach cały aparat przymusu może być honorowane tylko w warunkach kiedy ten aparat stanowił rzeczywiste zagrożenie zapoczątkowanych przemian. Tutaj tylko wyjątkowo można się zgodzić ze zwolennikami tezy o konieczności wkomponowania reżyserów stanu wojennego w przejściowy model władzy. Takim celem uzasadniającym prezydenturę tego czy tamtego czerwonego generała mogła być chęć uśpienia potencjału bezpieki cywilnej i wojskowej. Ta właśnie wtedy ostentacyjnie dopuściła się kilku politycznych mordów w ramach zastraszania pewnie wrogów historycznego kompromisu. Ale te polityczne mordy równie dobrze kilka miesięcy później były najtwardszym argumentem w momencie kiedy te w szeregi wkradł się defetyzm za radykalnym odrzuceniem wynegocjowanych warunków.
Prezydentura Jaruzelskiego jeśli miała jakikolwiek sens to tylko do egzekucji Nicolae Ceaucescu. Nie miejsce tu na rozwodzenie się tu nad niuansami rumuńskiej rewolucji która okazała się partyjnym puczem i gangsterską dintojrą. Jaruzelskiemu trzeba było wtedy stanowczo podziękować a jedyną dopuszczalną nagrodą było powinno być pokazanie mu migawek z pokazowego procesu conducatora i geniusza Karpat, jako wizualizacji losu który został mu oszczędzony. Honorowanie w całkowicie zmienionych okolicznościach okrągłostołowych umów z grudniowymi pacyfikatorami, miało równie wielki sens, jak uznanie na wieki za prawomocne i obowiązujące postanowień ówczesnej konstytucji zwłaszcza tych jej zapisów o kierowniczej roli partii i sojuszach. Papier można podpisać, papier wszystko przyjmie.
Zrobienie tanim kosztem wyłomu w systemie który miał strukturalną niemożność tolerancji obcych ideologicznych ciał. Odrobina nawet dawkowanej wolności zawsze rozsadzała ten system. Węgry w 1956roku, Czechosłowacja 1968, Polska lat 1980-1981 nawet taki dziwoląg jak gorbaczowowska pieriestrojka stawały się zabójczymi dla systemu infekcjami. Dlatego cena chwilowej jak wtedy myślałem kohabitacji. Wydawała się kalkulacją zdroworozsądkową i rokująca dobrze na najbliższą przyszłość. Brać i nie kwitować i pod żadnym pozorem nie fraternizować się z oprawcami.
Pamięć zamordowanych, zamęczonych i złamanych powinna być najlepszym drogowskazem moralnym w takich rokowaniach. Słabość opozycji była słabością pozorną. Syndrom grudniowej klęski w 1981 był najgorszym doradcą, w Sierpniu też struktury opozycyjne były w powijakach. Władzom oprócz rozbicia wielkiego ruchu społecznego nie udały się bo nie mogły się udać żadne projekty społeczne czy gospodarczy manewr. Reżim bazował na takich czy siakich służbach a tak zwana normalizacja oparta była na strachu i konformizmie. Deficyt strachu jaki pojawił się po rozpoczęciu ówczesnych rokowań oznaczać mógł dla ekipy Jaruzelskiego tylko początek końca. I znakomicie tandem Jaruzelski-Kiszczak to rozumiał. Dla nich to była ucieczka do przodu przed perspektywą wykorzystania ulicznych latarni w wiadomym celu lub też nieciekawym dla nich rozwiązaniem polegającym na ich odsunięciu i zainstalowaniu w Warszawie ekipy mniej umoczonej która mogła udawać nowe otwarcie i dialog ze społeczeństwem.
Nie jest jakąś wielką tajemnicą że nowi władcy Kremla postawieni pod ścianą przez reaganowski wyścig zbrojeń i gospodarczą plajtę wynikającą z niskich cen ropy chcieli się za wszelką cenę uwiarygodnić na Zachodzie. Podtrzymywanie takich na poły stalinowskich satrapów jak Ceaucescu, Honecker czy Żiwkow było politycznie niewskazane. Dlatego można było dyskutować według jakiego scenariusza nastąpią systemowe zmiany. Nie zapominając że sygnał do polskich przemian w 1988 przyszedł tak naprawdę z Moskwy. Kunktatorstwo i lękliwość generałów doprowadziła wówczas do sytuacji wcześniej wprost niewyobrażalnej, stopień liberalizacji systemu komunistycznego na wschód od nas był większy niż w jaruzelskiej Polsce. Warto o tym pamiętać zanim pochopnie przystąpi się do grona od lat beatyfikującego za życia generała
Okrągły stół był świetnym sposobem na zdobycie przyczółków na terytorium wroga w celu opanowania go później, czy to nagłym manewrem czy poprzez dłuższą, uporczywą wojnę pozycyjną. W tym pomyśle było i miejsce na honorowe warunki dla wycofującego się wroga. Ale tylko w imię minimalizacji własnych strat, czy skrócenia walki. Nie było tu miejsca na fraternizowanie się z funkcjonariuszami narzuconego i de facto przez kilka dekad okupacyjnego reżimu. Wkomponowanie ich przejściowo na określony czas w struktury nowych władz mogło mieć sens tylko taktyczny, mający na względzie tylko jeden cel, neutralizację i dezorientację struktur siłowych. Traktowanie przez dwa lata pezetperowskich posłów jako najliczniejszego klubu poselskiego kładącego ustawowe podwaliny pod wolną Polskę było skandalem nie tylko politycznym ale przede wszystkim moralnym. I niedobrym sygnałem do poobijanego stanem wojennym narodu. Nie tylko tolerujemy ludzi poprzedniego systemu ale na swój sposób ich nobilitujemy, traktujemy jako jeden z fundamentów nowej Polski. Zawłaszczenie państwa przez obie strony okrągłostołowego kontraktu całej przestrzeni publicznej było zdradą nie tylko wobec pozostawionych na marginesie środowisk niechętnych paktowaniu z czerwonymi ale przede wszystkim wobec własnego społeczeństwa które de facto zostało pozbawione możliwości demokratycznej akceptacji czy modyfikacji zmian, zakresu ich głębokości oraz charakteru.
Ten swoisty deficyt demokracji u zarania III RP do dzisiaj odbija się nam czkawką. To wtedy wyrosła potęga Gazety Wyborczej żerującej na swoim medialnym monopolu. Komunistyczne media spanikowane rozwojem sytuacji poszły z entuzjazmem na służbę pod sztandarami Adama Michnika z tym większym entuzjazmem że znowu można było walczyć z jakże znanym wrogiem a Nadredaktor nie pytał nikogo z lewej strony skąd przychodzi i z jakim bagażem. Hurtowe rozgrzeszenie i potępienie zoologicznego antykomunizmu było położeniem solidnych fundamentów pod późniejszą potęgę środowiska z Czerskiej.
Katastrofą totalną była nieufność opozycyjnych elit które umościły sobie wygodne gniazdko na szczytach władzy przed własnym narodem. Z perspektywy ówczesnych przywódców wyrosłych z grona solidarnościowych doradców Jaruzelski i Kiszczak jawili się jako solidni i już wówczas ustępliwi partnerzy w przeciwieństwie do nieobliczalnego narodu. To w tych kręgach marzył się swoisty Nowy Front Jedności Narodu który pod światłym korowskim przywództwem zjednoczy całą konstruktywną opozycję łącznie z katolewicą i zdrowym rdzeniem dawnego aparatu. W imię oczywiście odważnych reform i odgórnych zmian. Stworzenie takiego politycznego potwora, mającego w planach zawłaszczyć całą scenę polityczną miało w myśl tej koncepcji zapobiec recydywie endecko-piłsudczykowskich tradycji II RP.
W wyobraźni większości liderów z tego środowiska stać nas było nas tylko na pseudodemokrację gdzie zachowuję się pozory procedur wyborczych, istnieje jakaś kadłubowa opozycja, ale rzeczywista władza znajduję się w rękach establishmentu składającego się z najlepszych i najmądrzejszych. Taki dawny model meksykański planowano nam zafundować nad Wisłą… Wielką i ostatnią i pewnie dlatego pewnie zapomnianą ostatnią zasługą Wałęsy wespół wtedy jeszcze z braćmi Kaczyńskimi było storpedowanie tego projektu. Mielibyśmy wtedy jeszcze gorszą formułę III RP na miarę republiki bananowej czy w naszych warunkach klimatycznych kartoflanej. Ostatnią szansą na wyprostowanie błędnego kursu przyjętego po 1989 roku była prezydentura Wałęsy z jego hasłem przyspieszenia demokratyzacji i dekomunizacji. Niestety dobra diagnoza autorstwa Kaczyńskich, ale którą firmował swoim demokratycznym mandatem Wałęsa nie przełożyła się na rzeczywiste działania.
Jednak Wałęsa zwyczajnie zawiódł. Cała prezydentura to był chaotyczny bój prowadzony w imię poszerzania konstytucyjnych uprawnień i osobistej władzy. Dla mnie osobiście większym rozczarowaniem była jałowość tej prezydentury niż kolejne rewelacje na temat agenturalnej przeszłości przywódcy Solidarności. Ale nie można wykluczyć istnienia swoistego sprzężenia zwrotnego między tymi dwoma aspektami biografii Lecha Wałęsy, gdzie dawne uwikłania przekładały się na polityczną bezsilność maskowaną wykonywaniem chaotycznych posunięć mających na celu stworzenie wrażenia działania. Wałęsa ma też udział w tej niedobrej praktyce konserwowania w taki czy inny sposób licznych serwitutów poprzedniego systemu. Przedłużanie wegetacji kontraktowego parlamentu do 1991 roku to tego najbardziej karygodny przykład. Pragmatyka wygrywała znowu z etyką a skutki były w perspektywie opłakane. Czerwoni grzecznie głosowali choćby za rządem Mazowieckiego czy planem Balcerowicza ale nie za przeprowadzenie prawdziwych zmian mogących zagrozić ich prawdziwym interesom. W momencie kiedy terapia szokowa ze wszystkimi dobrodziejstwami transformacji docierała do milionów polskich rodzin w postaci obniżenia poziomu życia i pojawieniem się strukturalnego bezrobocia mieliśmy zaskakującą powściągliwość w rozliczeniu ludzi odpowiedzialnych za gospodarczą i cywilizacyjną zapaść.
Na dole zauważono przecież bez trudu kto jest pierwszym beneficjentem wolnorynkowej rewolucji. I nie byli to wtedy ci odważni którzy na bazarach wzięli się za handel ale dobrze znani przedstawiciele dawnej kasty rządzącej. Uwłaszczenie nomenklatury nie było specjalnie analizowane w ówczesnych mediach a jeśli już to było chwalone jako prawdziwy koniec poprzedniego systemu.
Reformy gospodarcze wymagające wielkich poświęceń i wprowadzone wbrew ówczesnym nastrojom i oczekiwaniom w ramach tak zwanego planu Balcerowicza który tak naprawdę dał im swoje nazwisko a wydumane przez niejakiego Jefreya Sachsa. Nie miejsce tu na ocenę tego pakietu reformującego polską gospodarkę, ale nie sposób nie zauważyć że bez mrużenia okiem dokonano rewolucji która oprócz pozytywnych efektów wprowadzenia mechanizmów rynkowych oznaczała odważny skok do basenu bez sprawdzenia czy w nim jest chociaż kropelka wody. Rozmachowi przemian ekonomicznych towarzyszyła istny paraliż woli i katastrofalne kunktatorstwo w likwidacji rakotwórczej narośli realnego socjalizmu jak to określają marksiści w nadbudowie. Koniunktura była rewelacyjna. Aparat dawnej władzy był w panice i rozsypce. Sytuacja w Moskwie wymknęła się Gorbaczowowi spod kontroli a konflikt z Jelcynem oznaczał początek dwuwładzy w Rosji. Jesień Ludów nie zatrzymała się na Bugu i zarażała kolejne republiki sowieckie. Aksamitna rewolucja w Czechosłowacji i obalenie muru berlińskiego które nastąpiły niemal po zmianach w Polsce okazały się odważniejsze i dalej idące niż polska kohabitacja Mazowieckiego i Jaruzelskim.
Nasi południowi sąsiedzi którzy według stereotypowych opinii nie słynęli z plagi wytykanej nam bohaterszczyzny szybko wybrali Havla i wzięli się za dekomunizację. Niemcy wschodni też wzięli sprawy w swoje ręce zajmując wbrew posądzeniom o nadmierną praworządność zajęli siedziby STASI skrzętnie zbierając nawet paski papieru pociętego przez niszczarki. Sam pamiętam przerażonych i spodziewających się wszystkiego co najgorsze dawnych aparatczyków po egzekucji Ceaucescu. Bez tak charakterystycznej wcześniej i co gorsza niedługo później arogancji i buty. W tym momencie przeprowadzenie dekomunizacji, deubekizacji i lustracji w połączeniu z pakietem ustaw wyłączających z życia publicznego ludzi aparatu partyjnego i z komunistycznych służb byłoby dziecinnie proste pod jednym warunkiem-istnienia politycznej woli. Szczytem marzeń takich aktywistów stanu wojennego była wtedy tylko jakaś ograniczona amnestia dla tych którzy krwi i przemocy nie mieli na rekach. |